Menu

Choć w kuluarach uniwersyteckich określenia 'praca doktorska’ oraz 'praca doktorancka’ bywają stosowane zamiennie, to jednak rygor metodologiczny wymaga od młodego naukowca bezwzględnej precyzji w definiowaniu efektów własnej aktywności badawczej. Wybór między tymi dwoma przymiotnikami tylko pozornie wydaje się kwestią czysto stylistyczną lub drugorzędną deliberacją nad semantyką. W rzeczywistości dotyka on samej istoty statusu prawnego autora oraz ontologicznego charakteru dzieła, które stanowi zwieńczenie wieloletnich poszukiwań intelektualnych.
Precyzja terminologiczna w tym zakresie jest o tyle istotna, że stanowi ona wizytówkę profesjonalizmu, z jaką kandydat wchodzi do świata samodzielnej nauki. Jeśli bowiem osoba aspirująca do stopnia naukowego nie potrafi poprawnie nazwać swojego opus magnum, naraża się na zarzut braku biegłości w aktualnych realiach instytucjonalnych. Niniejszy artykuł ma za zadanie nie tylko rozstrzygnąć wspomniany spór pojęciowy, ale przede wszystkim osadzić go w szerszym kontekście etosu akademickiego oraz obowiązującej legislacji. Zrozumienie owych niuansów pozwoli każdemu doktorantowi na świadome operowanie językiem, który jest spójny z wymogami stawianymi przez współczesne rady dyscyplin.
Analizę problemu należy rozpocząć od retrospekcji historyczno-prawnej, która rzuca światło na źródła obecnego chaosu terminologicznego. Przed wejściem w życie ustawy z dnia 20 lipca 2018 r. – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, powszechnie funkcjonowało pojęcie „studiów doktoranckich”. To właśnie ta konstrukcja językowa naturalnie indukowała przymiotnik „doktorancki” jako określenie wszystkiego, co związane z tym okresem życia akademickiego. Mówiliśmy o stypendiach doktoranckich, legitymacjach doktoranckich i – niestety błędnie – o pracach doktoranckich.
Wprowadzenie szkół doktorskich w miejsce tradycyjnych studiów trzeciego stopnia miało na celu nie tylko zmianę modelu kształcenia, ale również podniesienie prestiżu samego procesu uzyskiwania stopnia. Obecny system kładzie nacisk na badawczy charakter tej drogi. Choć w języku potocznym „doktorancki” wciąż brzmi znajomo, to w sferze formalnej stracił on rację bytu w odniesieniu do finalnego dzieła naukowego. Współczesny doktorant musi mieć świadomość, że język, którym się posługuje, świadczy o jego adaptacji do nowych realiów instytucjonalnych.
Kiedy zagłębimy się w lekturę aktualnych przepisów, zauważymy uderzającą konsekwencję ustawodawcy. W art. 187 wspomnianej ustawy operuje się wyłącznie pojęciem rozprawy doktorskiej. Jest to termin techniczny, który definiuje merytoryczny wkład kandydata w rozwój danej dyscypliny. Z punktu widzenia legislacyjnego „praca doktorancka” po prostu nie istnieje. Nie znajdziemy jej w żadnym rozporządzeniu ministerialnym ani w regulaminach nadawania stopni naukowych rzetelnie prowadzonych jednostek.
Dlaczego jest to tak istotne? Ponieważ rozprawa doktorska nie jest jedynie „pracą” w sensie szkolnym czy studenckim. To sformalizowany dokument, który podlega rygorystycznym procedurom recenzji, dopuszczenia do publicznej obrony oraz archiwizacji. Używając określenia „praca doktorancka”, badacz nieświadomie degraduje swój dorobek do poziomu wewnętrznego opracowania przygotowanego przez osobę o statusie ucznia. Tymczasem rozprawa jest świadectwem dojrzałości naukowej i to właśnie ta nazwa powinna widnieć na stronie tytułowej każdego egzemplarza składanego w dziekanacie lub biurze szkoły doktorskiej.
Z lingwistycznego punktu widzenia sprawa jest równie klarowna, choć wymaga zrozumienia relacji między podmiotem a przedmiotem. Przymiotnik „doktorancki” jest relacyjny i odnosi się bezpośrednio do osoby doktoranta – czyli kandydata, który jeszcze nie posiada stopnia naukowego. Możemy zatem mówić o samorządzie doktoranckim, o obowiązkach doktoranckich czy o ścieżce doktoranckiej. Dotyczą one statusu socjalnego lub administracyjnego osoby uczącej się.
Z kolei przymiotnik „doktorski” odnosi się do celu, jakim jest stopień doktora, oraz do jakości merytorycznej, która musi temu stopniowi odpowiadać. Praca doktorska to dzieło, które ma udowodnić, że autor jest godzien dołączenia do grona doktorów. Używając tego sformułowania, kładziemy akcent na finalny produkt i jego rangę, a nie na tymczasowy status autora. Warto zauważyć, że nikt nie mówi o „pracy profesorskiej” w odniesieniu do monografii habilitacyjnej, co tylko potwierdza, że określenie „doktorancka” jest niefortunnym tworem języka akademickiego, który warto eliminować z profesjonalnego dyskursu.
Praca doktorska różni się od magisterskiej nie tylko objętością czy stopniem skomplikowania aparatu krytycznego. Jej istotą jest oryginalne rozwiązanie problemu naukowego. Podczas gdy prace na niższych szczeblach edukacji mogą mieć charakter odtwórczy lub kompilacyjny, doktorat musi wnosić nową wartość do światowej nauki. To właśnie ta cecha sprawia, że określenie „doktorancka” wydaje się zbyt błahe. Sugeruje ono proces uczenia się, podczas gdy „rozprawa” sugeruje autorytatywne rozstrzygnięcie konkretnej kwestii badawczej.
Doktorant, konstruując swój wywód, staje przed zadaniem zidentyfikowania luki badawczej. Musi on wykazać, że dotychczasowy stan wiedzy jest niewystarczający w danym obszarze i zaproponować własną metodologię, która ten brak uzupełni. Tak zdefiniowany projekt wykracza poza ramy „pracy doktoranckiej” rozumianej jako obowiązek wynikający z programu kształcenia. Jest to projekt naukowy sensu stricto, wymagający samodzielności, krytycyzmu i rygoru metodologicznego, który cechuje dojrzałych badaczy.
Może się wydawać, że walka o jedno słowo to czysta pedanteria, jednak język kształtuje rzeczywistość i wpływa na naszą autopercepcję. Psychologia nauki wskazuje, że sposób, w jaki definiujemy nasze zadania, determinuje poziom zaangażowania oraz jakość efektów. Osoba „pisząca pracę doktorancką” często postrzega siebie w roli petenta systemu, który musi dostarczyć wymagany arkusz papieru, aby uzyskać zaliczenie. Jest to postawa reaktywna, ograniczająca kreatywność i odwagę w stawianiu śmiałych hipotez.
Zupełnie inaczej sytuacja wygląda, gdy badacz ma świadomość, że „przygotowuje rozprawę doktorską”. Taka terminologia narzuca pewien ciężar gatunkowy. Rozprawa kojarzy się z polemiką, z prezentacją argumentów przed forum ekspertów, z odpowiedzialnością za każde postawione twierdzenie. To przesunięcie akcentu z „bycia doktorantem” na „tworzenie nauki doktorskiej” pozwala na szybsze wykształcenie tożsamości naukowej. Promuje ono podmiotowość i sprawczość, które są niezbędne, aby przetrwać trudne momenty procesu badawczego.
Choć merytoryczna zawartość badań jest najważniejsza, to użycie błędnego przymiotnika na stronie tytułowej może zostać wytknięte przez recenzenta jako brak staranności terminologicznej. Bezpieczniej i profesjonalniej jest użyć sformułowania „Rozprawa doktorska”.
W takim przypadku najlepiej mówić o publikacjach cząstkowych lub o etapach przygotowania rozprawy doktorskiej. Określenie „artykuł doktorancki” również nie jest formą oficjalną.
Recenzja naukowa skupia się przede wszystkim na wartości merytorycznej i metodologicznej. Jednakże, uporczywe stosowanie terminologii potocznej zamiast ustawowej może zostać odnotowane w arkuszu ocen jako uchybienie w zakresie opanowania warsztatu naukowego i braku precyzji terminologicznej, co rzutuje na ogólną ocenę profesjonalizmu kandydata.
W ścisłym znaczeniu „doktorat” to stopień naukowy, który się uzyskuje, natomiast „rozprawa doktorska” to dokument, który stanowi podstawę jego nadania. Choć w mowie zależnej często słyszymy „piszę doktorat”, w tekstach naukowych i oficjalnych podaniach należy precyzyjnie wskazywać na przygotowywanie rozprawy.
Tutaj przymiotnik „doktorancki” jest jak najbardziej na miejscu. Seminarium jest formą zajęć przeznaczoną dla grupy osób o statusie doktoranta. W tym przypadku określamy uczestników procesu kształcenia, a nie merytoryczny wynik ich badań. Zatem uczęszczasz na seminarium doktoranckie, aby przygotować swoją rozprawę doktorską.